Szukając odpowiedzi

wood

Są takie miejsca, gdzie pewne rzeczy docierają do nas szybciej. Są błogosławieństwem dla naszego poszukiwania, ostatnią deską ratunku w dotarciu do odpowiedzi. Tych, które czasem są nam zupełnie zbędne. Czasem przekraczamy ich próg ze strachem, że dowiemy się czegoś, czego tak naprawdę wcale nie chcemy wiedzieć.


Przeszedł przez portal wejściowy do środka. Wewnątrz było chłodniej o kilka stopni, co przy trzydziestostopniowym upale przynosiło pewną ulgę. Przechodząc przez nawę musnął podniszczoną dłonią chłodne, czerwone cegły ułożone w układzie wendyjskim. Specyficzny zapach dawno nie remontowanych zabytków mieszał się z wilgocią, zapachem kurzu i kadzidła. Budowle sakralne zawsze mają specyficzną, trudną do określenia woń.

Przeszedł przez nawę boczną, wszedł na wprost ołtarza i ukląkł na jedno kolano, nawet nie spoglądając w stronę prezbiterium, które w godzinach mszy zajmuje ksiądz razem ze swoim kazaniem. Wstał szybko, nie żegnając się.

Uniósł głowę i przyjrzał się krzyżowo-żebrowemu sklepieniu, które znajdowało się wysoko poza zasięgiem jego dłoni. Wyciągnął jednak rękę w górę, jakby nawet świadomość niemożliwego musiał udowodnić sobie sam. Opuścił powoli dłoń, skierował się w stronę ostatnich, ciężkich, drewnianych ław. Kroki odbijały się głuchym echem od XIII-wiecznych, ceglanych ścian i roznosiły po całym wnętrzu.

Usiadł, wziął głęboki oddech, złożył dłonie i zamknął oczy.

Kościół był zupełnie pusty, co za kilka godzin miało zmienić się diametralnie. Wkrótce kameralny nastrój zadepcze rewia moherowej mody, ciszę zagłuszy fałsz nieudolnie wyśpiewywanych sakralnych melodii, a zapach zaduszą tanie perfumy marki Pani Goździkowa.

Czy istnieją lepsze miejsca do rozmyślania od tych, które z samego przeznaczenia są poświęcone na miejsca zadumy i oświecenia? Czy do znalezienia odpowiedzi istnieje lokalizacja bardziej odpowiednia od tej, która pomaga odnaleźć sens tak wielu ludziom?

Otworzył oczy, wąskie okna wpuszczały do środka smugi światła, które uwidoczniały romantyczny taniec drobinek kurzu rozgrywający się w powietrzu kilka metrów nad jego głową. Patrzył prosto na odległy ołtarz. Wciąż trzymał ręce złożone na oparciu poprzedniej ławy.

– Co tu robisz, synu? Wszystko w porządku? – zapytał postawny mężczyzna odziany w habit, przysiadając na przeciwległym końcu drewnianego siedziska.

– W porządku to bardzo względne określenie. – odpowiedział, nawet nie spoglądając w stronę, z której dobiegło go pytanie. – Chociaż, jeśli przyjąć je w obowiązującym kanonie znaczeniowym, owszem. Wszystko w porządku. Po prostu szukam odpowiedzi.

– Bóg odpowiada wszystkim, którzy pytają. Nie zawsze w oczywisty dla nich sposób –

odpowiedział zakonnik i rozsiadł się wygodniej, a ława zaskrzeczała pod jego ciężarem, jakby sprzeciwiając się obecności nowego, niezapowiedzianego ciężaru. Kapłan nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Spoglądał w to samo miejsce, w które patrzył jego gość, jakby starając się zrozumieć, czego tamten szuka w tym znanym mu od kilkunastu lat ołtarzu.

– Nie pytam Twojego Boga, Ojcze.

– Zatem kogo? I czego pytasz o to w Świątyni Mojego Boga – ostanie dwa słowa podkreślił jakby z przekąsem, jednak bez wyraźnego obruszenia.

– Siebie. A to miejsce sprzyja myśleniu.

– Porzuciłeś wiarę?

– Wydaje mi się, że nigdy tak naprawdę jej nie miałem, Ojcze.

Cisza, która zapadła była wyraźnym oczekiwaniem. Pauzą, miejscem, w które należało wlać słowa. Chociaż unosiła się w powietrzu zaledwie ułamek sekundy – kuła w uszy, wymagała reakcji, uzupełnienia.

– Nie lubię myśleć, że to co mnie otacza jest niezależne ode mnie. To ja kreuję siebie. Może istnieje Los, może jest nim Twój Bóg, Ojcze, a może Allah lub Budda, czy inny, jeszcze starszy. – zadumał się na chwilę, po czym kontynuował.

– Lubię myśleć, że jest coś większego, jednak nie przepadam za stwierdzeniem, że ma to pewien określony kształt, pewną… osobowość. Wydaje mi się, że skoro jest większe, jest też niepojęte. Po części zgadza się ze mną Twoja religia, prawda, Ojcze? – nie czekając na odpowiedź kontynuował dalej. –  Nie sądzę też, że ten ktoś, coś, da mi odpowiedzi… rozwiązania. I, że pokieruje moim losem. Skoro dał mi wolną wole to byłoby sprzeczne z logicznym rozumowaniem. Może postawił przede mną los i sprawdza, niczym wytrawny pokerzysta, czy będę potrafił wykorzystać nadarzające się okazje? Czy wygram to rozdanie, czy zaprzepaszczę swoją szansę?

– To wie tylko on. A ten kto uwierzy, nie wiedząc, będzie zbawiony.

– Zbawienie. To zabawna rzecz, Ojcze. Straszenie wiecznym potępieniem lub obietnica nieskończonego zbawienia. Kij lub marchew. Myślę jednak, że to byłoby strasznym nietaktem skazywać kogoś na potępienie chociażby przez to, że urodził się i wychował w miejscu wyznawania nieprawego Boga. Szczególnie, jeśli byłby dobrym człowiekiem. Nie uważasz, Ojcze?

Kiedy zakonnik już miał otworzyć usta w odpowiedzi, gość przerwał mu wpół oddechu.

– Przepraszam, że przerywam to jeszcze nie zaczęte zdanie, ale ta figura była retoryczna Ojcze. A na mnie już chyba czas. Z Twoim Bogiem. – powiedział szczerze, bez cienia szyderstwa. Uśmiechnął się i po raz pierwszy popatrzył na księdza pewnymi siebie oczami. Gdy już się podnosił, zakonnik zapytał:

– Znalazłeś już swoje odpowiedzi?

– Nie. I tak naprawdę mam nadzieję, że nigdy ich nie znajdę – rzucił przez ramię i stając na środku ołtarza uklęknął, tym razem zwracając się twarzą w stronę prezbiterium i spoglądając, jak wydawało się zakonnikowi, prosto w marmurową twarz Chrystusa przybitego do krzyża.

– Dlaczego to zrobiłeś, skoro nie wymaga tego od Ciebie Twój brak wiary? – zapytał ksiądz.

– Szacunek nie jest zależny od wiary i należy się każdemu, Ojcze.

Ksiądz nie odpowiedział. Odprowadził odchodzącą postać wzrokiem, dopóki ta nie znikła w świetle lipcowego słońca, poza możliwościami podstarzałych źrenic, skrytych w cieniu starego klasztoru.

***

Gdy kościół wypełnił się po brzegi. Gdy cisza została zmącona pierwszymi nutami którejś ze znanych kościelnych melodii na ołtarz wyszedł zakonnik odziany w jasny habit.

– Witajcie, Bracia i Siostry – powiedział do mikrofonu, zupełnie nie pasującego do tego miejsca. Technologia jednak wydziera sobie pole nawet w najbardziej nieustępliwych przestrzeniach. – Zanim przejdziemy do rzeczy, chciałbym Wam coś powiedzieć.

To niestandardowe zachowanie odbiło się w Świątyni ciszą, przecinaną spojrzeniami pełnymi niezrozumienia, twarzami wypełnionymi zmieszaniem i nienaturalnym wstrzymaniem oddechów.

– Pamiętajcie, że szacunek należy się każdemu. Niezależnie od miejsca pochodzenia. Niezależnie… Od wielu rzeczy. Bądźcie dobrymi ludźmi, a nie minie Was nagroda. Niezależnie. A teraz…

***

Uśmiechnął się niezauważalnie. Minął młode małżeństwo z dzieckiem biegającym dookoła swoich rodziców i skinął głową starszej pani patrzącej na rozrabiającą dziewczynkę z nieskrywaną dezaprobatą. Susem pokonał kilka sfatygowanych, betonowych schodków. Przeszedł przez bramę i skierował się w dół wąwozu. Niezależnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s