#aleFelieton: Seria niefortunnych zdarzeń

Seria niefortunnych zdarzeń. To tytuł serii powieści i nakręconego na ich podstawie serialu Netflixa. Czy jednak będziemy dziś rozmawiać o serialach? Nie.

Seria niefortunnych zdarzeń to także zdanie, którym mogę podsumować początek 2018 roku w moim wykonaniu.  

Nie ma jednak w moim otoczeniu hrabiego Olafa, który byłby determinantem całego paskudztwa, które spotkałem na tej wyboistej ścieżce początków 2018 roku. W ogóle, nie do końca wiem, czym to wszystko jest spowodowane. Karma? Przypadek? Los? Cały kosmos się na mnie uwziął? Nie wiem. Wiem natomiast, że wyboje były każdego kalibru. Od malutkich, uwierających pod butem kamyczków, po głazy walące się na łeb. Zrobiłem w głowie (nie)krótką listę wszelkich małych i większych potknięć, które spotkały mnie na krętej ścieżce 2018 roku. Chciałem je przeanalizować, znaleźć powód, by później w jakiś sposób móc temu zaradzić. O ile się da.

Zapisywałem na kartce kolejne punkty i punkciki. W połowie listy zimne poty zrosiły mi plecy i czoło. To tylko dwa miesiące. Dwa z dwunastu (!) i jeśli pozostałe dziesięć zafunduje mi podobny rollercoaster potknięć, to chyba wysiadam już teraz. Do tej drogi, w moim mniemaniu, nie umywają się nawet tadżekistańskie bezdroża. Siadłem i zamiast, jak zwykle w podobnych sytuacjach, podwinąć rękawy – załamałem ręce. Staropolskie słowo mocy samo cisnęło się do głowy. NO KURWA! Ileż można?

Nagle… moje myśli zostały opętane przez całe mnóstwo pozytywnych cytatów. Takich, które idealnie wyglądają pisane helveticą na klimatycznych, zamglonych obrazkach.

Jeśli życie daje Ci same cytryny, zrób z nich lemoniadę. Nie ważne, co spotykasz na swojej drodze, ważne co z tym robisz. Nie liczy się ile razy upadasz, ważne, ile razy wstajesz.

I tak dalej. Nie wiem dlaczego mój mózg właśnie w tym momencie wykopał z odmętów świadomości te coelhowskie myśli. Jedyne co wtedy pomyślałem to:

Naprawdę? Kurwa. Naprawdę?

I naprawdę… jedyne na co miałem wtedy ochotę to osobiście przegryźć sobie tętnice. Cierpię na chroniczne uczulenie na coachingowe brednie i teraz, w tym momencie, dobija mnie mój własny mózg? IDEALNIE. Lepiej być nie może. Stwierdziłem jednak, że skoro nawet moje zwoje mózgowe postępują wbrew mnie, to przyłącze się do tej karuzeli sprzeczności i też zrobię coś na przekór sobie. Postawię na wyczytane kiedyś psychologiczno-coachinogowe porady.

Przedzieliłem kartkę „porażek” grubą kreską i po drugiej stronie postanowiłem rozpisać wszystkie świetne momenty, które przytrafiły mi się na początku roku. Napisałem jeden punkt, drugi, trzeci i… koniec. Naprawdę wertowałem w głowie wszystkie opcje. Zanuciłem pod nosem nawet znienawidzone: „cieszmy się z małych rzeczy”, ale przy punkcie: „operacja złamanej nogi” trudno było wpisać w opozycyjną rubrykę np. „smaczne śniadanie.” To tak, jakby porównać AK-47 do pistoletu na kulki. Wagowo jakoś niewspółmiernie. Postanowiłem zatem zebrać wszystkie małe rzeczy w kolejny punkt i zapisałem „wszystkie miłe, małe rzeczy”. Mieszcząc w tym punkcie popołudniowe drzemki, smaczną kawę, dobre jedzenie, trochę śmiechu w towarzystwie i takie tam. Próbuje iść dalej i… nic.

Z lekkim przerażeniem odkrywam, że naprawdę nie jestem w stanie wykrzesać z siebie więcej pozytywów dla zrównoważenia otaczającej chujni. Porównuje jedną część kartki z drugą i wydaje mi się, że gdyby doszło do ustawki, to negatywy bez problemu rozniosłyby pozytywny. Niczym kibole krzesełka na stadionie. Siedziałem tak nad kartką i tępo gapiłem się w koślawie zapisane znaczki alfabetu, które składały się na wyrazy i równoważniki zdań.

Popatrzyłem na pierwszy punkt pozytywów: zmiana pracy. Nawet on zaczął napawać pesymizmem. A co, jeśli sobie nie poradzę? Jak okaże się, że to zła decyzja? Bo jak tu się cieszyć, skoro w sumie… nie wiem co mnie czeka? Jakoś trudno było myśleć pozytywnie. Przyznaję. Starałem się, ale naprawdę kurwa się nie udawało. Popatrzyłem jeszcze raz na stronę pozytywną i negatywną.

Zależność

Dostrzegłem ją jakby za mgłą. Senną, majaczącą. Później zaczęła się wyostrzać, aż w końcu stała się tak wyraźna jak dłoń przed moimi oczami i litery na kartce. Wszystkie negatywne sytuacje zdarzyły się jakby bez mojego udziału. Na większość z nich zupełnie nie miałem wpływu. Owszem, mogłem bardziej uważać przy schodzeniu ze szlaku, wtedy może nie złamałbym nogi i większość „chujni” by się po prostu nie wydarzyło. Chociaż, nigdy nie wiadomo, bo były też na liście rzeczy na które moja złamana noga, ani ja, nie mieliśmy nawet najmniejszego wpływu, a jednak się wydarzyły. Właśnie. Wydarzyły się same, a nie ja je „wydarzyłem”.

Pomyślałem, że przyszła pora na rundę numer dwa. Spojrzałem na pozytywy. W schronisku poznałem fajnych ludzi i dobrze się bawiłem – pomimo złamanej nogi. Mamy kontakt do dziś. Mogłem też leżeć dwa dni w łóżku, narzekać i popsuć wszystkim wyjazd moją trwogą o przyszłość kończyny. Mogłem też w odpowiedzi na zaproszenie na spotkanie w sprawie pracy pomyśleć, że przecież nie mogę pokazać się tam w dresie i odpowiedzieć: Wybaczcie, mam złamaną nogę i nie przyjadę. Możemy to przełożyć? Mogłem też nigdzie nie wychodzić i narzekać. Skonfrontowałem to wszystko.

Pozytywy… zależały ode mnie. One się nie wydarzyły, to ja je stworzyłem. Może z pomocą „losu”, ale miałem na nie znaczny wpływ. Na negatywy – praktycznie żadnego. Nagle, mimo, że pozytywów było mniej, to przypakowały anabolik nastawienia i mimo, że peramentnie nie skopały dupy negatywom to sprawiły, że tamte zarządziły odwrót, jak Turcy pod Wiedniem. Co więcej, wszystko co zapisałem w pesymistycznej kolumnie było rzeczami należącymi do przeszłości. Jeśli nie dam im szansy – to nie będą miały możliwości, by negatywnie rzutować na „jutro”. Wystarczy o nich nie myśleć. W przeciwieństwie do rzeczy z krótkiej listy miłych spraw. Te rzutowały właśnie na przyszłość. To tchnęło we mnie odrobinę… wiary. Bo…

Rzeczy się zdarzają. Są też sytuacje, które kreujemy sami. To tak, jak irytowanie się na spóźniony autobus. Nie ma sensu. Nie przyjedzie szybciej. Możesz wtedy się wkurzać lub wyciągnąć książkę i spędzić ten czas ciekawiej. Nie ma co robić z igieł wideł. Prawda? Wjechałem w mgłę, liczę, że za nią po prostu znów wyjdzie słońce.

Shit happens. Trudno. A skoro shit happens to… make it funny.Zrzut ekranu 2018-02-11 o 11.41.28

Dobrze móc zawsze liczyć… na siebie. 😉 Oczywiście, dobrze jest również mieć w kimś oparcie. Pamiętajcie o tym. Jest jednak coś, co trochę mnie wystraszyło. Mianowicie to, że ten tekst z cytryną, chociaż brzmi paskudnie, nosi w sobie pestkę sensu. Zaczynam się bać sam o siebie. Na szczęście, już tylko z jednego powodu: co będzie, jak zauważę w coachingu sens?! :O

Stay strong!

PS. Wiem, że w życiu zapewne niektórzy mają gorzej i dźwigają to wszystko nie narzekając. Zdaję sobie z tego sprawę. Znacie jednak sytuację, w których to właśnie Was dopada dziwna niemoc? Czasem, by wybuchnąć wystarczy upuścić łyżeczkę przy robieniu herbaty i to przelewa czarę goryczy. Ja osobiście dawno nie miałem tak niefortunnej serii i to chyba sprawiło, że moja czarka się przelała. Na szczęście, teraz jest już pusta. Sporo zmieści. 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s